Forum :: O stronie :: Kontakt   Strona główna ::Słowenia  

Polecamy Apartament Wiktoria w Zakopanem, idealne miejsce do spędzenia wakacji, ferii zimowych lub weekendu.

Komentarze i porady internautów. Wpisz swój komentarz.Komentarze internautów   

Słowenia po raz pierwszy

Data: lipiec 2006   Autor: Zuzanna Kobos

Z Polski do Słowenii NIE MA bezpośredniego połączenia, jeśli nie chce się wydać na sam przejazd wszystkich życiowych oszczędności. Można oczywiście dotrzeć do stolicy kraju, Ljubljany, samolotem lub pociągiem Inter City (wariant z przesiadką w Budapeszcie). Jednak Ci, którzy pragną najpierw przemierzyć górskie szlaki mają nie lada problem. A ja, przyszła mgr filologii słoweńskiej, po prostu musiałam tam pojechać.

Buszując kilkanaście godzin dziennie w Internecie, udało się mojej siostrze wyszukać w miarę przystępne cenowo połączenie. Autokar wyjeżdżał z Łodzi, następnie przesiadka w Katowicach, przez Czechy, do austriackiego Arnoldstein, dalej pociągiem do miasta Jesenice (już w Słowenii), stamtąd zaś lokalnym autobusem do Mojstrany, u podnóża Alp Julijskich. Wyglądało wspaniale, ale... Ha, zawsze musi być to paskudne i psujące całokształt ALE!

Przewoźnik wysadził nas na stacji benzynowej (oddalonej od wspomnianego Arnoldstein o ok. 13 km) w przysłowiowym polu. Z tą tylko różnicą, że polem była autostrada A2, lecz nie zmieniało to faktu, że byłyśmy bezradne. Zmęczone, niewyspane (była 3:40 nad ranem), z ciężkimi plecakami, wyruszyłyśmy pieszo w poszukiwaniu ratunku.

Po pokonaniu 5 km zatrzymała nas austriacka policja. Na szczęście, jeden z policjantów posługiwał się j. angielskim. Gdy poznał naszą krótką, lecz jakże dramatyczną historię, uśmiechnął się pół żartem pół serio. Prośbę o podwiezienie do najbliższego dworca zripostował stwierdzeniem, że jego służbowy samochód jest stanowczo zbyt mały, by pomieścić jeszcze dwie osoby i ich wielkie bagaże. Bardzo "pomocny", choć dobrze, że poprzestał na zwykłym pouczeniu i nie zażądał żadnej (nawet pieniężnej) kary. Piesze wędrowanie po autostradzie jest przecież zabronione...

R E K L A M A
Przewodniki Pascal

Po kolejnych 2 km dotarłyśmy do bezpłatnego parkingu (przeznaczonego głównie dla kierowców tirów, którzy mogli tam skorzystać z bieżącej wody, WC i po prostu się zdrzemnąć). Z jednego samochodu wyszedł ok. 7:00 zaspany kierowca. Okazał się Czechem, więc trochę po polsku, troszkę w j. migowym, wytłumaczyłyśmy mu, co dwie młode kobiety porabiają rankiem w niedzielę na A2 z plecakami większymi i cięższymi kilkakrotnie od nas samych.

Jak na sąsiada przystało, Czech zaoferował pomoc, jednak w kabinie miał tylko jedno wolne miejsce. Musiałybyśmy się zatem rozdzielić, a to było wykluczone. 10 minut później zjawiła się kontrola drogowa i za naszą oraz Czecha namową, zgodziła się nas podwieźć pod sam dworzec Villach-Hauptbahnhof.

Do odjazdu pociągu miałyśmy 4 godziny. Ulokowane w poczekalni, na zmianę spałyśmy, aż zegar wskazał magiczną godzinę 12:04. Nasz pociąg czekał na peronie 2b.

W przedziale poznałyśmy sympatycznego Holendra, pracującego dla słoweńskiej firmy. Przez 45 minut (czyli czas jazdy pociągiem) opowiedział nam ciekawostki z historii Słoweńców oraz samym języku.

Do Jesenic dojechałyśmy przed 13.00 i w ten sposób znalazłam się w Słowenii. Kraju, o którym studiuję i uczę się języka już cały rok. Miejscowym autobusem dotarłyśmy do Mojstrany. Stamtąd czekało kolejne, piesze wyzwanie - wędrówka 10 km w górę do schroniska "Aljažev dom v Vratih". Słońce prażyło, na plecach kilkadziesiąt kg bagażu, obtarta skóra, pot lejący się po skroniach... miałam dość. Wzajemnie z siostrą podtrzymywałyśmy się na duchu, ale zmęczenia nie da się oszukać. Po kilku nieudanych próbach zatrzymania jakiegokolwiek samochodu, w końcu się powiodło. Sympatyczna para: on z Kranja, ona z Ljubljany. Podwieźli mnie do samego schroniska, gdzie poczekałam na siostrę.

Wieczorem, w miejscowym bufecie, skosztowałyśmy tutejszy przysmak - lekkie, białe wino LAŠKI RIZLING, a także poznałyśmy przyjaciół mojego lektora j. słoweńskiego. Po przyjemnej rozmowie udałyśmy się na zasłużony odpoczynek.

Następnego ranka, po ponad 12 godzinach snu, zbudził nas ból mięśni, dokuczliwy, ale całkiem znośny. Zaczął się nowy, skąpany w słońcu dzień w uroczym zakątku Alp Julijskich. Gdziekolwiek by nie spojrzeć, wszędzie góry, góry i jeszcze raz góry. Potrzebna była porządna regeneracja sił i ogólnego samopoczucia.

Kolejne 3 dni upłynęły pod hasłem rekreacyjnych spacerów wyznaczonymi szlakami i rozmów z właścicielką schroniska oraz przebywającymi w schronisku turystami. Poznałyśmy również "sąsiadów" z poddasza - urocze, choć okropnie hałaśliwe (głównie w nocy) szynszyle. Około 5:00-6:00 każdego ranka, kilka z nich przebiegało przez nasz pokój, lecz nigdy ni wyrządziły żadnej szkody (jeden jedyny raz nadgryzły tabletkę IBUPROMU, ale po jednym kęsie wzgardziły zdobyczą?).

Na szlaku prowadzącym na Triglav (najwyższy szczyt Słowenii, 2864 m. n. p. m.) poznałyśmy sympatycznego, wysportowanego Greka, studenta meteorologii o imieniu Panos (czyli dosłownie "WSZYSTEK"). Zatem udało nam się porozmawiać ze "WSZYSTKI(E)M" jednocześnie...

Podsumowując dotychczasowy pobyt w schronisku, zaskoczył mnie fakt, iż w pełni sezonu (lipiec) mieszkałyśmy z siostrą w izdebce zupełnie same, choć ilość łóżek pozwala na nocleg 30-40 osób. Pomijam tutaj puchate szynszyle, gdyż one nie zaliczają się do gatunku homo sapiens.

Najwyraźniej Słoweńcy, odwrotnie proporcjonalnie do rozmiarów kraju na mapie, są zdecydowanie bogatszym społeczeństwem niż np. Polacy. Prawdopodobnie każdy młody Słoweniec posiada własny samochód, gdyż trudno spotkać kogokolwiek podróżującego w inny sposób. W Polsce samochód w posiadaniu 20-25 latka oznacza, że młody człowiek ma niesłychany dar przekonywania rodziców albo sytuacja finansowa pozwala na eksploatację 3-4 samochodów w rodzinie. U nas własna "fura" jest luksusem, wybiciem się z tłumu, w Słowenii - normą przechodzącą w regułę.

Ljubljana, do której dotarłyśmy w czwartek po południu, aż "zapłakała" z radości na nasz widok. Ciepły letni deszczyk przyniósł chwilowe orzeźwienie, lecz niedługo woda zaczęła parować z chodników i dróg. Zrobiło się jeszcze parniej i goręcej.

Rozglądając się za właściwą drogą, prowadzącą do akademika, od razu spostrzegłam coś niebywałego. Stojąc mniej więcej w geometrycznym środku Ljubljany, mogłam gołym okiem ujrzeć jej krańce. Dla kogoś, kto się urodził, dorastał i mieszkał w Łodzi (drugim, co do wielkości mieście w Polsce) jest to widok na co dzień niespotykany. Mała ta Ljubljana. Ale małe jest piękne i w tym przypadku się to jak najbardziej potwierdziło!.

Kolejna nowość to odliczające czas zmiany światła sygnalizatory drogowe. Tak! Słoweńcy bardzo kulturalnie i przepisowo przechodzą przez ulice. Czarna tarcza odlicza sekundy do zmiany z czerwonego światła, na zielone. Nawet jeśli trzeba czekać 90 sekund - wszyscy czekają, nikt znienacka nie wbiega na drogę. Z "ulicznych" informacji dodam jeszcze jedną, na która, jako młody kierowca, od razu zwróciłam uwagę. Słoweńskie L'ki, czyli samochody do nauki jazdy to, przede wszystkim Renault Clio, Volkswagen Golf lub Škoda Fabia. Opla Corsę widziałam jeden raz i wcale nie był czerwony!

Wreszcie sami mieszkańcy. Rok temu, kiedy zwiedzałam Paryż, zadałam sobie pytanie: "jak wygląda rodowity paryżanin"? W Ljubljanie sytuacja jest bardzo podobna. Sąsiedztwo Włochów, Austriaków, Węgrów i Chorwatów oraz obecność turystów z każdego miejsca na świecie doprowadziła do totalnego wymieszania narodowości. O ile w ogóle można mówić o typowo słoweńskiej urodzie, mężczyźni mogą się pochwalić pokaźnym wzrostem, ciemną karnacją. Pod względem urody przypominają południowców z Włoch lub Hiszpanii. Rodowite Słowenki są znacznie względnie niskie, o jasnej cerze, jasnych włosach. Co ciekawe, ubierają się NORMALNIE, czyli bez przesadnej ekstrawagancji w strojeniu się. Są bardzo zadbane i schludne, jednak zdecydowanie bardziej cenią sobie wygodę niż konkurs piękności i dlatego nie zamieniają ulic w wybiegi, ani codziennego życia w rewię mody. Wielki plus dla nich!

Rzeczywiście, najbardziej lubianym, a wręcz uwielbianym środkiem lokomocji jest SAMOCHÓD. Podróżują nimi wszędzie i dosłownie wszędzie parkują. W słoneczną pogodę mieszkańcy Ljubljany zamieniają swoje golfy, nissany i inne machiny na dwukołowe pojazdy z napędem lub bez. Niektórzy w ogóle rezygnują w okresie wiosenno-letnim z jakichkolwiek pojazdow i wybierają własne nogi jako najlepszy środek transportu. Na zdrowie!

W całej Słowenii żyje tyle osób, ile w przybliżeniu w Warszawie, zaś stolica, Ljubljana liczbą zamieszkałych przypomina rozległe osiedle w jednym z polskich miast. Mniej osób oznacza mniej rąk do pracy, ale też mniejsze zapotrzebowanie na różnego rodzaju usługi. Z tego powodu m. in. Narodowy Bank Słowenii jest czynny (w stolicy państwa, oczywiście) tylko w tygodniu roboczym. Mieszkańcy Ljubljany spokojnie potrafią uregulować w tym czasie wszystkie swoje sprawy finansowe. Na zakupy żywnościowe można się wybrać jeszcze w sobotę, lecz tylko do godziny 13.00, co najwyżej 17.00 (kilka większych marketów). Po tej godzinie życie handlowe w Ljubljanie powoli zamiera, by ożyć ponownie dopiero w poniedziałek. Jeśli ktokolwiek pomyśli sobie, po co markety, skoro są sklepy całodobowe, ponownie się zdziwi. W Ljubljanie jest tylko JEDEN niewielki sklepik CZYNNY 24 H/DOBĘ, o wymownej nazwie "Noč In dan" ("Noc i dzień"). Można się nim zaopatrzyć w drobne przekąski, produkty mleczne, przybory kosmetyczne, ciastka. Dla spragnionych czeka kilka alejek napojów, od wód mineralnych po soki, jednak późnym wieczorem wszystkie są absolutnie BEZALKOHOLOWE. Prawdopodobnie sklep nie posiada licencji na sprzedaż trunków wysokoprocentowych wieczorem i w nocy. Wówczas właściciele przykrywają płachtami, dostępne za dnia, regały z piwem i winem różnych gatunków. Widocznie Słoweńcy są narodem na tyle porządnym, że nie potrzebują w ogóle otwartych w dzień i w nocy sklepów monopolowych. Kto chce się napić piwa lub wina, spędza wieczór w kawiarniach lub restauracjach.

Po niepełnych 4 dniach spędzonych w Ljubljanie, udałyśmy się z powrotem w góry, pod Triglav. Około 14:15 znalazłyśmy się w Mojstranie, u podnóża gór. Po tygodniowej przerwie ponownie czekała nas męcząca wędrówka, 10 km pod górę, do schroniska "Aljažev dom v Vratih". Słońce znowu prażyło. Zalewało nas promieniami, które im wyżej, tym były mocniejsze i bardziej nieznośne. Tym razem byłyśmy jednak pełne energii, wyspane i wypoczęte (w przeciwieństwie do sytuacji z ubiegłego tygodnia, po 2 nieprzespanych dobach).

Szłyśmy dzielnie 9 km. Wtedy zatrzymał się na drodze samochód i z okna wychylił się uśmiechnięty młody mężczyzna. Razem z żoną planowali wspólną wyprawę na Triglav, zaoferowali pomoc. Podwieźli pod samo schronisko. Jednak są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie!

W recepcji przywitałyśmy się ze znajomą właścicielką, zaniosłyśmy bagaże i po krótkim spacerze, ok. 21:00 poszłyśmy spać.

Mówcie co chcecie, ale w żadnej stolicy żadnego państwa nie żyją tak otwarci i przyjaźnie nastawieni do turystów ludzie, jakich można spotkać w górskich schroniskach!

Tym optymistycznym akcentem zakończyłyśmy naszą debiutancką wizytę w kraju moich marzeń, Słowenii. Niewielkim zakątku naszego kontynentu o pięknych, choć męczących i zdradliwych górach, o odmiennych zwyczajach, innej kulturze i tradycji. Małym fragmencie wielkiej Europy, którego narodowy język jest na tyle słowiański, by wychwycić drobne podobieństwa (zwłaszcza fonetyczne) między nim a j. polskim. Jednak na tyle odległym geograficznie, że dla laika niezrozumiałym.

Droga powrotna dostarczyła również niezapomnianych przygód (zejście z góry o 2.30 w nocy, 12 godzin oczekiwania na autokar na stacji benzynowej ESSO-Arnoldstein), jednak szczęśliwie i nawet przed czasem, zmęczone, ale zadowolone, wróciłyśmy do siebie, do Łodzi.

Chorwacja - relacja, galeria zdjęć, przydatne linki

Chorwacja:: Lwów:: Rodos:: Majorka:: Budapeszt:: Wiedeń:: Praga:: Pribałtika
mytravels.pl:: Księgarnia Lideria:: Koszulki:: Współpraca:: Forum
(c) NetTech 'lipiec 2007 Zgłoś uwagę lub błąd